PROLOG
Nawet nie wiemy kiedy i gdzie natkniemy się na kogoś, kto w mgnienu oka obróci nasz świat do góry nogami. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo nam w tej chwili to będzie potrzebne...
-Maddy! Gdzie się schowałaś?!- zawołał blondwłosy chłopiec o dużych, błękitnych oczach.- Dobra, wygrałaś!
Z głośnym chichotem niska, ciemnowłosa dziewczynka z aparatem na zębach zeszła z drzewa i krzyknęła:
- Ha! Nigdy mnie nie pobijesz w chowanego! Nigdy!- zaśmiała się serdecznie i uderzyła delikatnie chłopaka w ramię. Ten również jej oddał.
- Nie wierzę, że znów schowałaś się w tym samym miejscu! Zawsze jak tam zaglądam to nigdy nie mogę cię dostrzec.- wyznał z żalem. Maddy uśmiechnęła się szerzej, ukazując cały swój garnitur zębów uwięzionych w metalowych "płotkach".
- To dlatego, że niedokładnie mnie wypatrujesz.- wzruszyła ramionami i spojrzała na zegarek, który nosiła na ręku.
- Mamy jeszcze szesnaście minut do obiadu.- spojrzała w oczy blondyna.- To co? Jeszcze jedna rundka?
- Niee... Już mi się znudziło to ciągłe przegrywanie z tobą.- odparł niechętnie.- Może berek?
Maddy pokręciła przecząco głową, a jej czarne loki zafalowały. Nadal wpatrywała się wyczekująco w przyjaciela, a ten usilnie próbował coś wymyślić.
- Ech, w takim tempie to my będziemy tu stać przez ten cały czas i nic nie wymyślimy.- westchnęła Maddy i zadarła głowę do góry by popatrzeć w niebo.- Może Louis nam podpowie?- zaproponowała po chwili. Chłopak skrzywił się nieznacznie i prychnął:
- Taa... Louis, który jest naszym aniołem-stróżem i zawsze się z nami bawi, teraz powie nam w co mamy grać.
- Musisz w końcu przywyknąć do tego, że istnieje!- zawołała Maddy, a w jej oczach była uraza.
- On nie istnieje!- krzyknął chłopak.- Dlaczego wciąż chcesz mi wmówić, że anioły istnieją?!
- Bo istnieją!- wrzasnęła Maddy i odwróciła się do niego plecami święcie obrażona. Nie oglądając się za siebie, przeszła przez ogrodzenie dzielące jej dom i dom Deana i pomaszerowała do domu.
A w cieniu drzew stał wysoki szatyn o niebieskich jak niebo oczach i przyglądał się tej scenie ze smutnym uśmiechem. Przyglądał się małemu Deanowi, który został sam i wahał się czy iść za przyjaciółką czy też zachować godność. Mężczyzna spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
-Idź, idź. Ona czeka tam na ciebie.- szepnął ni do siebie, ni do chłopaka. W tym momencie Dean podniósł głowę i obejrzał się wokół siebie, jednak niczego nie zobaczył. Podszedł bliżej drzew, które rzucały przyjemny cień i zadarł głowę do góry. Na jednej z gałęzi siedziała mała wiewióra. Przyglądała się chłopcu badawczo swoimi paciorkowatymi oczkami. Dean wzruszył ramionami i odszedł.
Szatyn uśmiechnął się szeroko i mruknął do siebie:
- Jednak Maddy ma rację. Niedokładnie patrzysz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Anonimowi użytkownicy proszeni są o podpis na końcu komentarza.